Wyprawa Majowa 1995

Relacje z wyjazdów majowych, wypraw górskich oraz innych ciekawych wypadów nie tylko w góry.

Moderator: Krzysztof

Wyprawa Majowa 1995

Postprzez wrobla2 » Pt gru 01, 2017 22:28

Wyprawa majowa 1995 rozpoczęła się właściwie w kwietniu (niestety nie mogę dokładnie określić kiedy) w Polanicy Zdroju. Wyruszyliśmy w składzie: Asia S., Iowa, Edyta R., Bolek K., Arek S., Janek, Krzysztof K., Arek Ż, Karol P. W pierwszym dniu przeszliśmy żółtym szlakiem przez Sokołówkę, Łomnicą Równinę, Wójtowską Równinę, Fort Wilhelma, w którym poszukiwaliśmy śladów Austriaków. , Właśnie przy rzeczonym forcie Iowa i Karol postanowili, że wyruszą na poszukiwanie wody, której brak bardzo nam doskwierał. Zaopatrzeni w butelki skierowali się w zupełnie innym kierunku niż zmierzała reszta uczestników wyprawy (podobno właśnie z tej drugiej strony dochodził szmer strumienia, który tylko nieliczni słyszeli). Nietrudno się domyślić, że mogliśmy mieć trudności ze znalezieniem się. Po dłuższym oczekiwaniu i po zwiedzeniu wszystkich chyba zakamarków Fortu postanowiliśmy wyruszyć dalej z nadzieją, że gdzieś się spotkamy. Skierowaliśmy się do Wójtowic, gdzie zamierzaliśmy przenocować. Minęliśmy pierwsze opuszczone chaty i szliśmy do Schroniska Młodzieżowego „Wojtek’. Po drodze spotkaliśmy jednak miejscowych, którzy skierowali nas do prywatnej chaty, gdzie można było tanio i wygodnie przenocować. Nie szukaliśmy zbyt długo, bo kierowały nas do niej dziwne odgłosy walki i przeraźliwe krzyki. Kiedy wyszliśmy na polankę naszym oczom ukazał się widok, który wprawił w osłupienie nas, a najbardziej chyba zdziwione były krowy pasące się opodal, a będące głównym obiektem zainteresowania. Po łące biegało 3 lub 4 chłopaków (lat ok. 26-30), z „arafatkami” na głowach i wydawało z siebie odgłosy dżihadu w rodzaju: lelelelelelelelelelelllllleleleleleellelllll. Próbowali też okrążyć przerażone krowy, które uciekały jak oszalałe. To właśnie tu miał być nasz pierwszy nocleg. Na szczęście właściciele chaty polowali tylko na krowy i chętnie użyczyli nam za drobną opłatą noclegu. Zostawmy na chwilę naszą grupę i zobaczmy co porabiają Iowa i Karol: „Po tym jak znaleźli wodę zapragnęli podzielić się nią. Niestety nie było z kim, okazało się, że są SAMI w wielkim lesie. Postanowili odnaleźć Forty Wilhelma, a tam całą gromadkę. Ale gdzie tam, każdy krok okazywał się fałszywym i w końcu zabłądzili na dobre. Pogoda piękna, dokoła pachnący zielony las, tak! Spodobało im się to zgubienie, do czasu jak zaczęło się ściemniać. Nie zawiódł ich na szczęście stadny instynkt i pozwolił odnaleźć drogę do ludzi. Lekko nie było, bo trzeba skaturlać się ze stromego zbocza, ale warto było. Tam na dole czekały uśmiechnięte mordki szczęśliwe, że w końcu wszyscy są komplecie( o tym, że dostali burę wspominać nie będziemy).” Po powrocie naszych zagubionych śpiewaliśmy do późna i do utraty głosów. Po północy nasi gospodarze przygotowali coś. WIELKA NIESPODZIANKA dla KRZYSIA, przymusowa urodzinowa kąpiel w korytku z bieżącą, lodowatą wodą ze strumienia. Tylko Krzyś może powiedzieć jak i czy było mu przyjemnie. Na drugi dzień wyruszyliśmy niebieskim szlakiem przez różankę do Międzylesia. Tu odłączyli się; Asia i Janek, a reszta ekipy wyruszyła żółtym szlakiem przez Baboszów, Przełęcz Międzyleską do Czech. W Czechach wędrowaliśmy i wędrowaliśmy i oczywiście znaleźliśmy knajpkę z piwkiem. Przy piwku dyskutowaliśmy i oglądaliśmy czeską telewizję. Ku schyłkowi dnia przypomniało nam się, że należy szukać noclegów. Szliśmy trasą znakowaną ostrzeżeniem, że w tej okolicy grasuje wściekły lis. Baliśmy się, a jakże, ale potrzeba snu na łonie natury była silniejsza od strachu. Miejsce znaleźliśmy, niestety bez dostępu do wody. Ale nasz dzielny kolega Krzyś zabawił się w różdżkarza i Swoim nieomylnym noskiem wyniuchał żyłę wodną. Kiedy szykowaliśmy kolację okazało się ,że kolega Suliszek jest ogromnie poszkodowany i nie będzie miał co jeść. Poprzedniego wieczoru tak zagustowaliśmy w Jego pysznych kotletach sojowych, że pozbawiliśmy Go praktycznie całych zapasów. To prawda, że były jeszcze mielonki, niestety Areczkowi nie podchodziły. Po przespanej nocy, gdzieś pod czeskimi drutami wysokiego napięcia wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Śnieżnika. Tam to postanowiliśmy nielegalnie przekroczyć granicę, ale na razie cicho sza, bo „pogranicznik” może usłyszeć. Szliśmy przez nieskażone turystyczną stopą szlaki. Czeskich turystów rzeczywiście było bardzo mało, natomiast dosyć często natrafialiśmy na czeskie chaty, do których dostęp mieli tylko ci, którzy wiedzieli, gdzie leżą klucze. Niestety my nie mieliśmy tego szczęścia i musieliśmy koczować pod chatami. Jeszcze zanim natknęliśmy się na chaty nasza grupa podzieliła się; Bolesław i Arek S. spieszyli się na autobus i wyruszyli inną drogą, Krzysztof podążył za nimi, z zamiarem jednak spotkania się jeszcze z nami. Reszta tzn. Iowa, Edyta i Żaba skierowali się na Śnieżnik, aby tam niepostrzeżenie przekroczyć granicę i przejść do schroniska na polską stronę. Zanim przeszliśmy Żaba postanowi, że na czeskiej stronie poszuka jeszcze Krzysztofa. Umówiliśmy się, że spotkamy się w schronisku już w Polsce. Weszłyśmy więc obie na Śnieżnik i zamierzałyśmy właśnie przekroczyć niewidzialną linię granicy, kiedy zza pobliskiej skały wyskoczył zamaskowany, zielony „Wopik”. Zatrzymał nas i zażądał wyjaśnień skąd, po co, dokąd i z kim? Wersja miał być taka, że idziemy zielonym szlakiem wzdłuż granicy, że w schronisku czekać ma na nas kolega, który się od nas odłączył…. Nasze wyjaśnienia okazały się jednak mętne i „Wopik” postanowił, że zatrzyma nasze paszporty, a nas weźmie na komisariat w celu dalszych wyjaśnień. Schodziliśmy całą trójką w stronę schroniska i tam zauważyłyśmy, że Żaba już na nas czeka, chciałyśmy dać mu jakiś znak, żeby się do nas nie przyznawał, ale on postanowił nam towarzyszyć w tej niedoli i przyznał się, że to on jest tym kolegą. Żołnierz zaraz poprosił go o paszport, wsiadł na swój motor i pognał do komisariatu. My, mieliśmy tam dotrzeć na piechotę. Doszliśmy na miejsce, usiedliśmy na ławce i zastanawialiśmy się co z nami zrobią. Decyzja należała do komendanta. Czekaliśmy jak na wyrok. Komendant wezwał nas do siebie, pogroził mandatem, pouczył, a później wypuścił oddając nam paszporty. Przenocowaliśmy, pełni wrażeń, na polu namiotowym w Międzygórzu (Żaba przypalił tam sobie przy ognisku skarpetki), a rano pojechaliśmy autobusem do Bystrzycy Kłodzkiej. Stamtąd postanowiliśmy wracać do domu stopem. Stanęliśmy na wylotówce i nie czekaliśmy długo, bo zatrzymał nam się dosłownie po kilku minutach wielki samochód dostawczy. W kabinie były 3 miejsca wolne, a pan bardzo miły. Zaczęliśmy ustalać, dokąd jedzie i kiedy, kto mógłby wysiąść. Okazało się, że kierowca jedzie do Ustki!!! Musieliśmy szybko podjąć decyzję. Iowa stwierdziła, że my możemy sobie robić co chcemy, ale ona zamierza jechać nad morze. My też nie zastanawialiśmy się zbyt długo. POJECHALIŚMY. Do Ustki dotarliśmy w nocy, a uprzejmy kierowca wysadził nas przy jakimś lasku, w którym jak twierdził, możemy rozbić namiot. Rano, lasek okazał się parkiem w centrum miasta, a my byliśmy ciekawą atrakcją dla mieszkańców okolicznych domów (przede wszystkim dla piesków spacerujących w parku). Zwinęliśmy szybko namiot i postanowiliśmy znaleźć bardzie ustronne miejsce. Wyruszyliśmy stopem do Koszalina ,a stamtąd do Kołobrzegu, gdzie znalezienie noclegu sprawiało nam prawdziwe trudności, zwłaszcza, że nie dysponowaliśmy już kasą. Wybrzeże mało gościnne dla turystów naszego pokroju, więc udaliśmy się do Grzybowa, małej wioseczki z piękną plażą. Na miejscu uznaliśmy, że wydmy to najlepsze miejsce do rozbicia namiotu, i taaaakie widoki na morze.Echhhhhh!!!!!!Noc mieliśmy przerywaną gdyż zbudziły nas krzyki i nawoływania. Okazało się, że z pobliskiego ośrodka,( w którym przebywały osoby upośledzone) uciekł jeden z podopiecznych. Baliśmy się, że zwerbują miejscowe władze do szukania Krzysztofa(tak podopieczny miał na imię), a te z kolei nakryją nas, dzikich turystów na wydmach i znowu znajdziemy się na komisariacie. Całe szczęście obyło się bez przykrych przygód i dotrwaliśmy do rana w naszej kryjóweczce. Nastał piękny poranek. Byliśmy okropnie głodni. W poszukiwaniu jedzenia wyruszyły kobiety (Iowka, Edyta). Zakupiłyśmy chlebek, masło, swojskie jajka i mleko. Przyniosłyśmy to wszystko Żabce, a on wyczarował nam pyszną jajecznicę, której smaku nie da się zapomnieć. Leżeliśmy sobie na plaży patrząc w piękne niebieskie niebo i słuchając szumu morza –ej życie…. Niestety nadszedł kres pięknej pogody i naszych funduszy, więc postanowiliśmy odwrót. Wróciliśmy do Kołobrzegu pojazdem MPK, a stamtąd stopem do domu. Strasznie padało, a my wyglądaliśmy jak zmokłe kury, mieliśmy marne szanse na stopa…. A jednak… zatrzymał się trabant z silnikiem VW polo. Okazało się, że kierowca jedzie do Dzierżoniowa, byliśmy więc uratowani, a najbardziej Żaba. Iowka wysiadła w Żaganiu, ja w Nowej Soli, a Arek pojechał aż do Świdnicy. I tak skończyła się nasza wyprawa majowa roku 1995. Może nie wszystko napisałyśmy, co było istotne, ale pamięć jest zawodna. Może ktoś przypomni sobie jakieś inne szczegóły? P.s. Z Nowej Soli musiałam jeszcze złapać stopa do Bolesławca. Zatrzymałam ciężarówkę, która jak się okazało jechała do….. Hiszpanii!!!!! Jaka szkoda, że nie byliśmy wtedy w większej grupie. Kto wie jak i gdzie skończyłaby się ta wyprawa.
wrobla2
Ranga 2
Ranga 2
 
Posty: 13
Dołączył(a): Pt mar 03, 2017 14:23

Powrót do Relacje z wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron

User Menu

Login Form

Kto przegląda forum

Forum przegląda 1 użytkownik :: 0 zidentyfikowanych, 0 ukrytych i 1 gość (bazuje na użytkownikach aktywnych w ciągu ostatnich 5 minut)
Najwięcej użytkowników online (39) było Pt lip 06, 2007 15:43

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość
Copyright © 2009 Afterburner - Free GPL Template. All Rights Reserved.